sobota, 14 czerwca 2014

Mydło lubi kąpiele...

POZIOM: 0-1

...kiedy woda gorąca (...)" pamiętacie ten hit z dzieciństwa?! I ten teledysk - szczęśliwe dzieci chlupiące się w wodzie?! Ale czasem woda jest za gorąca, a kąpiel to dla malucha forma tortury. Jeden z moich wujków wspomina, że do dziś ma uraz do kąpieli w wannie. Jako dziecko był kąpany w za ciepłej wodzie, w dodatku z octem (takie czasy - dziś mamy emolienty;)) a już prawdziwą traumą było dla niego spłukiwanie szamponu z głowy - strumień gorącej wody i to paskudne szczypanie w oczy. 

Nie wszystkie dzieci lubią kąpiele, ale my jako rodzice możemy zrobić bardzo dużo, żeby zmienić kąpiel w prawdziwy domowy rytuał na który dzieci będą czekać i który po latach będą bardzo dobrze wspominać. 

Najpierw sprawy techniczne, czyli odpowiednia wanienka dla dziecka - można kupić tradycyjną, która mimo, że jest ogromna jest wygodna. Jej największą wadą jest to, że zajmuje dużo miejsca w łazience, a zabranie jej ze sobą na wyjazd jest niewykonalne. Można też kupić wanienkę FlexiBath - wygodna, wcale nie taka mała jak się wydaje, a najważniejsze można ją złożyć - czyli na rodzinny wyjazd w sam raz.

 
Druga ważna sprawa to dobór kosmetyków do kąpieli - a jest w czym wybierać. Większość płynów i szamponów dla niemowląt naprawdę nie szczypie w oczy i jest łagodna dla ich skóry. Ja osobiście polecam emolienty - trochę większy wydatek niż płyn 2w1, ale nie uczula, a skórka jest aksamitna.

A na koniec temperatura i ilość wody w wanience. Na początku większość rodziców używa termometru do wody, po czasie wodę wlewa się na wyczucie. Ważne żeby woda była niewiele cieplejsza od temperatury ciałka naszego dziecka. 

Ważne, żeby każdą kąpiel zaczynać jakimś stałym punktem, na przykład zawsze powtarzać czynności pielęgnacyjne przed kąpielą w tej samej kolejności. A samą kąpiel możemy urozmaicić piosenką, choćby tym nieśmiertelnym hitem fasolek. 

Kąpiel powinna być dla malucha przyjemnością. Wszystkie czynności pielęgnacyjne powinny być robione z wyczuciem i delikatnie. Po włożeniu malucha do wanienki najlepiej zacząć od delikatnego ochlapania go wodą, tak, żeby się oswoił. Spłukiwanie szamponu z włosów też nie musi być traumą - jest taki gadżet jak rondo czy jak kto woli daszek do kąpieli - dzięki niemu żaden strumień wody maluchowi niestraszny;) 
 
 
Oczywiście są maluchy, które nie usiedzą spokojnie, zwłaszcza w wanience - dla nich trzeba przygotować dodatkowe atrakcje, czyli zabawki do kąpieli. Dla ząbkujących, podgryzających wszystko maluchów idealne będą gumowe zabawki np. zwierzątka. Najlepsze są takie, które tryskają wodą i piszczą po naciśnięciu.

 
Starsze niemowlęta chętnie pobawią się bardziej zaawansowanymi zabawkami, przykładowo wielorybem do którego można wrzucać klocki. 

Dobrą zabawką będzie też raczek, który zacznie się ruszać, kiedy maluch będzie wlewał w niego wodę.

 
Chłopcom na pewno przypadnie do gustu statek piracki.

 
Z takimi zabawkami każda kąpiel będzie prawdziwą przygodą.

środa, 28 maja 2014

Mamo wrzuć na luz !

POZIOM: 0-1
 
Pewnie znacie ten kawał: Jak twoje pierwsze dziecko połknie złotówkę to jedziesz do szpitala, jak twoje drugie dziecko połknie złotówkę, to czekasz aż "wyjdzie" drugą stroną, a jak twoje trzecie dziecko połknie złotówkę to potrącasz mu ją z kieszonkowego :) Absurdalne - ani trochę - każdy doświadczony rodzic potwierdzi, że to bardzo dobrze ujęta prawda życiowa. Kiedy na świecie pojawia się nasze pierwsze dziecko łatwo wpaść w paranoję na punkcie jego bezpieczeństwa, czystości otoczenia, zdrowego odżywiania, czy przestrzegania stałego rytmu dnia. Wiem to bardzo dobrze, bo sama od kilku miesięcy codziennie uczę się jak znaleźć się wpół drogi między mamą służbistką-perfekcjonistką a mamą wyluzowaną. A droga ta jest kręta...
 
Zacznijmy od bezpieczeństwa malucha. W pierwszych miesiącach życia zagrożeniem może być wszystko, chociażby własne łóżeczko naszego dziecka. Jeśli nasłuchamy się o zespole śmierci łóżeczkowej to spanie (o ile w ogóle wchodzi w grę) na alercie mamy gwarantowane. Pamiętam, że kiedy mój synek pierwszy raz przespał całą noc budziłam się w nocy i nasłuchiwałam czy oddycha ;) Z czasem nabiera się więcej dystansu do tej kwestii - po kilku miesiącach chronicznego niedosypiania kiedy słyszymy, że maluch się wierci próbujemy wstrzymać oddech, żeby zyskać chociażby kilka cennych minut snu. Kolejne zagrożenia czekają w mieszkaniu, przykładowo kanapa czy łóżko - ta nieustanna obawa o to czy maluszek nam nie spadnie. A kiedy zacznie raczkować każdy mebel to potencjalne zagrożenie... ale wcale nie śmiercią, jak nam się początkowo wydaje, a najczęściej tylko małym siniaczkiem.

I tu pojawia się następny trudny temat - czystość w mieszkaniu. Kiedy maluch zaczyna raczkować, a potem i chodzić wydaje nam się, że nigdy nie jest wystarczająco czysto. Obsesyjnie próbujemy uchronić naszego maluszka przed tymi wszędobylskimi bakteriami, roztoczami i innymi domowymi stworami, ale z czasem odkrywamy, że utrzymywanie sterylnej czystości w domu nie ma większego sensu. Okazuje się, że bardziej szkodliwe dla naszego dziecka niż odrobina kurzu i brudu są chemiczne środki używane do utrzymania czystości to raz. A dwa jeśli zamierzamy wysłać malucha do żłobka czy później do przedszkola nie możemy go chować pod kloszem. Ostatnio aż zamarłam kiedy w ogrodzie synek zaczął raczkować po płytkach i tarzać się w rozsypanym na nich piasku - i co... żyje i ma się całkiem dobrze :) Przykłady można by mnożyć, chociażby wyparzanie butelek, smoczków i łyżeczek... po czasie wystarczające wydaje nam się polanie ich wrzątkiem. To samo z praniem i prasowaniem ubranek... tu też po czasie można (a nawet trzeba) iść na pewne ustępstwa.

Następna kwestia - karmienie. W pierwszych miesiącach ten nieustanny lęk czy dziecko się wystarczająco najada (w przypadku karmienia piersią), a później kiedy wprowadzamy pokarmy stałe skrupulatne przestrzeganie zaleceń żywieniowych czyli wprowadzanie glutenu, podawanie żółtka, przecierków... na początku najchętniej ważylibyśmy każdą porcję i sprawdzalibyśmy jej zawartość odżywczą pod mikroskopem;) Tu też prędzej czy później przychodzi opamiętanie.

I wreszcie tzw. rytm dnia. Jak mantrę wszyscy dookoła powtarzają nam, że dzieci lubią rutynę. Od pierwszych dni życia wręcz z zegarkiem w ręku staramy się wprowadzić stały harmonogram dnia. Zwłaszcza jeśli chodzi o spanie - tu konsekwentne przestrzeganie wieczornego rytuału (kąpiel, karmienie, usypianie) jest świętością, pewnie dlatego, że łudzimy się, że zapewni nam przespaną noc. W rzeczywistości okazuje się, że kiedy już wpadniemy we wspólny rytm i wydaje nam się, że rozłożenie drzemek, pór karmienia i spacerków w ciągu dnia jest łatwe do przewidzenia, dziecko nagle zmienia przyzwyczajenia. Większość dzieci bardzo dobrze funkcjonuje mając stały harmonogram dnia, niemniej, nawet te które "chodzą" jak w zegarku potrzebują odrobiny elastyczności z naszej strony.

Podsumowując, zastanawiam się  na ile ta nasza (czyli świeżo upieczonych mam) obsesja na punkcie zakloszowania dziecka jest wynikiem naszego wewnętrznego przekonania, że musimy być perfekcyjne w tej roli, a na ile zachowujemy się tak pod wpływem presji ze strony naszego otoczenia (czytaj: teściowej) i szeroko pojętego społeczeństwa.

Bez względu na to co nami kieruje, z czasem kiedy nabieramy już trochę doświadczenia w roli mamy, przekonujemy się, że nasze dziecko ma odrobinę instynktu samozachowawczego i nie jest tak delikatne jak nam wmówiono. Żadna skrajność nie jest dobra, a wyczucia tzw. złotego środka uczymy się każdego dnia. Pamiętam jak jeszcze w ciąży chcąc przygotować się do tego co mnie czeka jako mamę czytałam książkę "Zła matka" (jakże adekwatna w temacie tego postu) - wtedy wydawała mi się wręcz bluźniercza. Teraz kiedy jestem mamą dziewięcio-miesięcznego już malucha wiem, że czytanie tego typu poradników w ciąży, to jak czytanie instrukcji zmywarki zanim się ją kupi... a poza tym codzienna opieka nad maluchem bardzo weryfikuje nasze podejście do tego tematu.

 

poniedziałek, 19 maja 2014

Designem w niejadka

POZIOM: 1-3

Nie od dziś wiadomo, że jemy nie tylko buzią, ale też oczami. Znaczenie ma nie tylko estetyka serwowanych potraw, ale również sposób ich podania oraz naczynia i sztućce. Odpowiedni dobór dziecięcej zastawy stołowej może być przełomem w domowej bitwie z małym niejadkiem. Liczy się kolor, niebanalny kształt i pomysłowy design, który sprawi, że dziecko będzie zainteresowane posiłkiem. Jeśli dodatkowo stworzymy cały rytuał związany z posiłkiem i jedzenie stanie się elementem zabawy - sukces gwarantowany.
Zestaw obiadowy, który zachwyci każdego malucha to miseczki, talerze i sztućce SKIP HOP Zoo. Każde naczynie to inne zwierzątko, np. małpka, hipcio, miś panda, rekin, czy prezentowane niżej pszczółka, sowa czy kotek.
 
Kiedy maluszek krzywi się podczas jedzenia można zachęcić go do przełknięcia kolejnej łyżeczki pokarmu obiecując, że jak zje wszystko zobaczy jakie zwierzątko ukryło się w miseczce.
 
Podczas jedzenia można dodatkowo opowiadać o zwierzątku, naprowadzając dziecko na dobry trop.
 
Można nawet pójść krok dalej i opowiedzieć całą bajkę używając naczyń EBULOBO Czerwony Kapturek.
Na koniec posiłku dziecko w nagrodę zobaczy bohaterów bajki.
 
Miseczka Miś (z tej samej serii EBULOBO) również zachęci do jedzenia.
Kto nie chciałby opróżnić brzuszka tego słodkiego misiaczka ?! ;)
 
Talerz może również stać się wielkim placem budowy, a makaron, czy warzywa mogą być świetnym materiałem budowlanym - każdy chłopiec na pewno da się wciągnąć w zabawę sztućcami przypominającymi m.in. koparkę z serii CONSTRUCTIVE EATING.
Inna propozycja dla chłopców to kociołek prawdziwego pirata SUGAR BOOGER.
 
foto: www.mamissima.pl
 
Dziewczynki zauroczy różowy zestaw obiadowy PETIT JOUR PARIS.

 
A na koniec zestaw KRAJOBRAZ zarówno dla dziewczynek jak i dla chłopców, którego pomysłowość wręcz zaskakuje. Każdy z elementów jest wyciągany, mogą być używane osobno, ale razem tworzą pełny zestaw obiadowy.
 
Wszystkie zaprezentowane zestawy naczyń i sztućców znajdziecie na stronach www.mamissima.pl oraz www.celofan.pl . 

Ważna wiadomość dla rodziców, naczynia są leciutkie, bezpieczne dla dzieci i można je myć w zmywarce ;)

Założę się, że spodobały się nie tylko dzieciom - ale również sponsorom :)

wtorek, 6 maja 2014

Jak rybka w wodzie

POZIOM: 0-1

Nie ma lepszego sposobu na wykorzystanie (zdaje się) niewyczerpalnych zapasów energii kilku miesięcznego maluszka niż zajęcia grupowe na basenie. Przyznaję,  że można być nastawionym do tak wczesnego "trenowania" małego pływaka sceptycznie. Pojawiają się obawy, że dziecko się przeziębi lub że będzie się bało wody i zajęcia upłyną nam pod znakiem włączonej syreny ;) Jednak w większości przypadków maluchy już od pierwszych zajęć na basenie czują sie jak rybki w wodzie. Zajęcia odbywają się pod okiem doświadczonego instruktora, który wie jak dostosować ćwiczenia i tempo zajęć do wieku dziecka. Nie bez znaczenia jest też fakt, że woda w basenie ma temperaturę w jakiej dziecko jest kąpane w domu. Przede wszystkim jednak maluszek przez cały czas jest w wodzie pod opieką jednego z rodziców przez co czuje się bezpiecznie. Atrakcją jest nie tylko sama woda i pływające w niej gumowe zabawki, ale też inne dzieci z grupy. Podczas zajęć rodzice wspólnie z instruktorem śpiewają i recytują znane dzieciom wierszyki.

Już po kilku zajęciach widać postępy rozwojowe u dziecka. Maluszek wzmacnia mięśnie grzbietu, rączek i nóżek, które są tak potrzebne na tym etapie rozwoju. Dziecko  robi się też odważniejsze, a domowa wanienka staje się za ciasna - maluszek już nie leży w niej przestraszony, a położony na brzuszku próbuje pływać - jest już oswojony z "wielką" wodą. Kolejną zaletą zajęć na basenie jest nauka reagowania w sytuacji gdy dziecko zakrztusi się wodą lub niespodziewanie w niej zanurkuje - prędzej czy później może się przydać w warunkach poza-basenowych a wtedy rodzice są już zdani tylko na siebie.
 foto: Jakub Garstka
W zajęciach na basenie mogą uczestniczyć już trzymiesięczne maluszki, są też grupy dla starszych dzieci. Jedno jest pewne - to świetna zabawa nie tylko dla dzieci, ale również dla rodziców. Dzieci mają niesamowitą wyporność w wodzie i łatwość poruszania się w niej - to prawda, że świetnie adaptują się do warunków wodnych pewnie ze względu na to, że "pamiętają" jeszcze jak to było u mamy w brzuszku :)

czwartek, 24 kwietnia 2014

Roczek

Stało się - mój blog kończy dzisiaj roczek !
 
Czas na małe podsumowanie: największym sukcesem tego roku jest to, że wciąż znajduję  czas na tworzenie bloga, mimo że osóbka która była inspiracją do jego powstania jest mamo-czaso-pochłaniaczem-i-uzurpatorem ;)
 
Dziękuję za wszystkie miłe komentarze pod adresem bloga, podpowiedzi co do treści postów i przede wszystkim za zainteresowanie blogiem z waszej strony. Szczególne podziękowania dla mam z facebookowej sekty, które nie raz pomogły mi przy tworzeniu postów dzieląc się swoim doświadczeniem i wiedzą w dziedzinie, w której nie zagnie ich nikt :)

Proszę o dalsze śledzenie bloga, komentarze i krytyczne uwagi pod jego adresem.
 
 

Obiecuję kolejne posty, zdjęcia i dzielenie się moim mamo-doświadczeniem, którego nabywam z każdym dniem już od prawie ośmiu miesięcy za sprawą mojego (tak się składa, że dzisiaj po raz pierwszy obchodzącego imieniny) synka :)

środa, 16 kwietnia 2014

Wielkanocne jajeczek poszukiwanie

POZIOM: 3-6

Zwyczaje wielkanocne? Hmmm... Śmigus-Dyngus, zajączek wielkanocny (który ku mojemu zaskoczeniu nie jest zwyczajem "ogólnopolskim" i odwiedza przeważnie dzieci w zachodnich województwach, a już w pozostałych była różnie;)), robienie pisanek, przygotowywanie święconki i... to by było na tyle.
 
 
Dla dzieci to i tak sporo atrakcji, ale warto wprowadzić jeszcze jeden świąteczny zwyczaj, taki w który zaangażuje się cała rodzina. Bardzo ciekawą zabawą, którą można przenieść na "nasz grunt" jest poszukiwanie czekoladowych jajek wielkanocnych. Zwyczaj ten jest praktykowany m.in. we Włoszech, Stanach Zjednoczonych,  czy w Anglii. W niedzielny poranek, zaraz po wspólnym śniadaniu cała rodzina, każdy ze swoim koszyczkiem, wybiera się do ogrodu/lasu/parku na poszukiwanie czekoladowych jajeczek ukrytych w różnych miejscach (pod krzaczkiem, w wysokiej trawie, między kwiatkami, pod kamieniem itd.). Wygrywa ten, kto zbierze najwięcej jajeczek, a nagrodą są te pyszne czekoladowe znaleziska na deser :) Taką atrakcję nietrudno zorganizować. Czekoladowe jajka są teraz dostępne w większości sklepów spożywczych, podobnie jak koszyczki. Jedna osoba z rodziny musi wcześniej pochować słodkości przed innymi domownikami. Jedyną przeszkodą może być pogoda, która o tej porze roku bywa kapryśna, ale każdy pretekst jest dobry żeby spędzić trochę czasu na świeżym powietrzu, a nie tylko przy świątecznym stole.
 
Wszystkim czytelnikom bloga życzę Wielkanocy pełnej rodzinnego ciepła i smakołyków - nie tylko czekoladowych !

środa, 9 kwietnia 2014

Ciasteczkowe mini-burgery - na ząbek w sam raz

POZIOM: 3-6
 
Chyba w każdej rodzinie skarbnicą najlepszych przepisów na słodkości są babcie, a w drugiej kolejności mamy i ciocie. Poniższy przepis na ciasteczkowe mini-burgery jest autorstwa mojej babci, stąd też w rodzinie ciastka te są znane jako Anusie:) 
 
Przygotowanie ciasteczek jest na tyle łatwe, że możemy zaangażować w nie najmłodszych, a efekt ... najlepiej samemu się przekonać. Jeden ze składników ciasteczek - masło orzechowe - sprawia, że skuszą się na nie wszystkie małe (i większe) łasuchy.
 
Będziemy potrzebować:
  • 350g mąki
  • 200g margaryny
  • 120g cukru pudru
  • 1 jajka
  • 1 żółtka
  • łyżeczki proszku do pieczenia
  • trochę olejku migdałowego lub arakowego 
  • dużej miski
  • maty lub stolnicy
  • wałka do ciasta 
  • małego kieliszka
  • blaszki do pieczenia
  • papieru do pieczenia
Wszystkie składniki dokładnie ze sobą mieszamy i wyrabiamy ciasto. Dzielimy je na dwie mniejsze części i rozwałkowujemy. Za pomocą małego kieliszka wycinamy małe kółeczka i układamy je na blaszce do pieczenia wyłożonej papierem. Ciasteczka pieczemy 12-15 minut w temperaturze 170C (z termo obiegiem) lub 150C (bez termo obiegu) w uprzednio nagrzanym piekarniku.
 
 
Do dekoracji ciasteczek będziemy potrzebować:
  • cukru pudru
  • wody
  • cytrynę
  • kolorową posypkę
  • masło orzechowe
Kiedy ciasteczka ostygną możemy zacząć je dekorować. Ucieramy lukier według własnych wypróbowanych proporcji wody i cukru pudru. Moim sposobem na lukier jest dodanie kilku kropel soku z cytryny -  nie jest wtedy aż tak słodki. Na każde ciasteczko nakładamy kleks lukru, a nasi mali pomocnicy mogą udekorować go kolorową posypką.
 
Kiedy lukier już dobrze zaschnie możemy zająć się ostatnim etapem przygotowania ciasteczek, czyli ich sklejaniem. Przygotowujemy słoiczek masła orzechowego i małą łyżeczkę. Na jedno ciasteczko nakładamy odrobinę masła orzechowego i przyklejamy drugie ciasteczko. W ten sposób powstanie mały burger.
 
 
Kiedy masło orzechowe również zaschnie ciasteczka są gotowe ! Są przepyszne i po prostu nie można im się oprzeć ;)
 
 
Świetnie sprawdzą się jako przekąska !